Ballada o Prezesie GS
wg Jurandota
(Wszelka zbieżność inicjałów, imion i stanowisk
z występującymi w rzeczywistości jest niezamierzona
i całkowicie przypadkowa. )
Żył sobie raz Prezes G S,
żył sobie w szczęściu, w rozkoszy,
a był w Skarbowym Urzędzie winien
2936 złotych i 95 groszy.
Najpierw był winien 500 i coś tam,
lecz nie zapłacił w terminie,
doszły procenta, kary i koszta
i coraz więcej był winien.
Raz wrócił z pracy Prezes G S
i jeszcze nie zdjął kaloszy,
kiedy z Urzędu przyszło wezwanie
na 2936 złotych i 95 groszy.
Prezes G S łez poczuł żądzę
i wyrwał z głowy swe włosy,
skądże, ach skądże wezmę pieniądze
czy mam być łysy i bosy?
Gdy drinka nalał sobie od rana
przyszedł komornik do niego:
trzeba zapłacić proszę ja pana
2936 złotych i niecałego złotego.
Oj wezmą auto, hej wezmą łóżko,
komputer i starą teczkę,
co robić żono, co robić duszko
czym pojedziemy my na wycieczkę.
Prezes G S miał już ból głowy,
a z bólu nie mógł stać równo,
ale, że był to Urząd Skarbowy
cóż on mógł zdziałać.... NIC
Więc wzięli wszystko, nawet kanapę
tę w kratkę z szerokim wałkiem,
z regału bananów wzięli atrapę
za 2936 złotych z kawałkiem.
Prezes G S tak gryzł się w sobie,
że w końcu na śmierć się zagryzł
i pochowali go w ciemnym grobie
gdzie rosła lipa i agrest.
I od tej pory w Urzędzie Skarbowym
ktoś się po nocach panoszył,
to Prezes S. straszył zza grobu
za 2936 złotych i 95 groszy.
Straszyłby nadal Prezes G S
i urzędników i zwykłych ludzi,
była to dla nich straszliwa kara,
ale się nagle obudził.
Mokry był cały od potu rosy,
lecz złą nie była już jego dola,
bo te pechowe 2936 złotych i 95 groszy
juz dawno wpłaciła Ola.
ad